lukaso

📚 recenzje książek 📚 kup mi kawę ☕️ → https://ko-fi.com/lukaso

··· W.Bagieński S. Cenckiewicz – “Konfidenci”

Po przeczytaniu tej książki, każda inna przez jakiś czas będzie dla Was „wydaniem kieszonkowym”; Konfidenci, to wielkie, opasłe tomisko, ponad 700 stron druku. Niemniej nie gabaryty tejże świadczą o wyjątkowości publikacji. Jest to kolejna cegiełka wiedzy dotyczącej działań komunistycznej bezpieki w Polsce i tych, którzy mniej lub bardziej (częściej – bardziej) świadomie współpracowali z reżimem i służbami mającymi swoje zaczepienie i genezę w ZSRS. Konfidenci właśnie są jej głównymi bohaterami.

Już na okładce wydawca zachwala: „Wstęp: Antoni Macierewicz”. Wzdycham ciężko, albowiem słysząc to nazwisko, moje flaki przewracają się na drugą stronę, a ręce opadają. Reaguję dokładnie tak samo, gdy widzę, że do jakiejś książki wstęp napisał Adam Michnik. Macierewicz, to w polskiej polityce przypadek ewidentnie kliniczny; ten człek o lodowatym spojrzeniu i szaleńczych paranojach we wnętrzu swojej głowy jest ostatnim, którego chciałbym czytać na wstępie książki. Niestety w tym konkretnym przypadku taki wstęp można uznać za nieunikniony, skoro sam Macierewicz jest politycznie głównym architektem lustracji i bohaterem Sejmu 1992 roku w rządzie Jana Olszewskiego. Ustawa o ujawnieniu agentury wśród posłów, senatorów i czołowych polityków, wykonywana przez Macierewicza właśnie wtedy, jest niejako osią książki Konfidenci. Jestem gorącym zwolennikiem lustracji i wszystkie argumenty wysuwane przez Macierewicza i innych twórców lustracyjnych rozwiązań uważam za słuszne; ubolewam tylko nad faktem, że w Polsce środowisko prolustracyjne, to w większości sekciarsko-opętańcza, bogoojczyźniano-narodowa prawica, patologicznie owładnięta spiskami (vide Grzegorz Braun – przy nim nawet Macierewicz, to stateczny, umiarkowany, wesoły koleś). Tak się złożyło po 1989 roku, że michnikowszczyzna wraz ze starymi komuchami z PZPR, UB, SB, WSI utrwaliła w opinii społecznej obraz dyskursu lustracyjnego. W jego ramach, zwolennikiem lustracji może być tylko „chory z nienawiści” prawicowiec i faszysta, a „rozsądna część narodu” podąża ścieżką wytyczoną przez Michnika, Wybiórczą i „ludzi honoru” z poprzedniego reżimu, czy innych Passentów, Blumsztajnów i Kuroniów. Ten poroniony i – przede wszystkim! – sztuczny, nieprawdziwy podział pokutuje do dziś, a oddziaływanie mainstreamowych mediów utrwala w przestrzeni publicznej „wymóg” opowiedzenia się „po stronie rozsądku”, przeciwko „oszalałym lustratorom na prawicy”.

Jak można podejrzewać, wstęp Antoniego Macierewicza do książki Konfidenci, to w dużej mierze patriotyczno-ojczyźniana biegunka. Jego ulubiona racja stanu, naród odmieniany przez wszystkie przypadki, niepodległość, dziejowe konieczności… Zaręczam, że można spokojnie obyć się bez Wstępu, czytając tą książkę. Naprawdę.

Warto dodać, że na okładce książki powinno znajdować się jeszcze jedno nazwisko: Michała Grockiego. Dlaczego? Otóż w tomie Konfidenci przedrukowano (wydaną ćwierć wieku temu) książkę jego autorstwa pt. Konfidenci są wśród nas. To wyjątkowa, pierwsza w Polsce publikacja opisująca działania tzw. Wydziału Studiów powołanego przez Macierewicza (ministra MSW w rządzie Olszewskiego). Wydział Studiów, to nieliczna grupa ludzi absolutnie nie związanych z komunistycznym reżimem, która jako pierwsza (no, jako druga – po „Komisji Michnika”, o której przeczytacie w książce) dotarła do archiwów bezpieki, próbując odnaleźć informacje o agentach SB / wywiadu PRL wśród czołowych polityków tamtych czasów. Przy niemałym biernym i otwartym oporze ze strony pracowników UOP (w większości byli to przecież ci sami ludzie, którzy pracowali tam za czasów PRL) Wydział Studiów badał dokumenty, raporty, zeznania, kwity… Grocki opisuje także osoby publiczne, znane powszechnie w latach 90-tych XX wieku, które histerycznie sprzeciwiały się lustracji z tej prostej przyczyny, że… byli świadomymi „utrwalaczami władzy ludowej”.

W kolejnych rozdziałach Piotr Woyciechowski opisuje kulisy lustracji w 1992 roku i w efekcie – działania tzw. Komisji Ciemniewskiego (sejmowa komisja dezawuująca działania lustracyjne) oraz koncentruje się na procesie karnym z 1993 roku jaki został wytoczony Macierewiczowi (za ujawnienie Sejmowi nazwisk współpracujących z SB polityków), a trwający do 2000 roku.

Pokaźną część Konfidentów zajmuje rozdział napisany przez Sławomira Cenckiewicza, a traktujący o kontaktach z SB Wiesława Chrzanowskiego (przedwojenny endek, działacz Młodzież Wszechpolskiej, twórca ZChN, Marszałek Sejmu). Jest to poparta całym mnóstwem dokumentów analiza współpracy Chrzanowskiego z bezpieką, jak również pewien psychologiczny rys bohatera, który ze względu na traumę wojny i stalinowskiego więzienia, decyduje się na utrzymywanie kontaktów z oficerami SB.

Trzecia obszerna (i bardzo ciekawa!) cześć, to opis działania Wydziału XI/IX Departamentu I MSW, czyli wywiadu PRL, autorstwa Witolda Bagieńskiego. Jak wszystkie poprzednie części książki, i ta obfituje w skany dokumentów, opisów tajnych akcji, operacji wywiadowczych i biogramów agentów / współpracowników komunistycznego wywiadu. Bagieński niezwykle zajmująco opisuje poszczególne akcje dywersyjne, szkodzące kanałom przesyłowym (fundusze, korespondencja, bibuła) pomiędzy Zachodem a grupami Solidarności, działania na szkodę RWE, czy paryskiej „Kultury” i cały szereg innych tajnych operacji.

Ostatnia, czwarta część, to zbiór wywiadów z Janem Olszewskim, Piotrem Naimskim i Andrzejem Zalewskim, czyli z osobami kluczowymi dla kształtu procesu lustracyjnego 1992 roku.

Konfidenci, to doskonale udokumentowana publikacja. Każdy [pod]rozdział posiada swoją część ze skanami zobowiązań do współpracy z SB, fragmentami (bądź całością) donosów, czy opinii pisanych ad acta przez oficerów SB i innych ważnych dokumentów archiwalnych uzupełnionych indeksem nazwisk, pseudonimów i kryptonimów.

Podsumowując, mogę szczerze polecić tą książkę każdemu, kto interesuje się historią PRL i historią najnowszą Polski. To bardzo ważna publikacja z punktu widzenia źródeł i profesjonalnego warsztatu Autorów. To kolejna cegiełka wiedzy, która tak mocno wkurwia środowiska III RP, wszystkich twórców aliansu komuchów z „konstruktywną częścią opozycji”, wszystkich beneficjentów chorego porządku po Okrągłym Stole, wszystkim zaczadzonym retoryką michnikowszczyzny… „Ludzie honoru” pokroju Kiszczaka i Jaruzelskiego gryzą już ziemię – czas, by na zawsze pogrzebać inne wciąż straszące postkomunistyczne upiory.

··· Andreï Makine – “Francuski testament”

“Дело в том, что Шарлотта как бы сохраняла свою экстерриториальность под русским небом. Жестокая история огромной империи, с ее голодом, революциями, гражданскими войнами, не имела к ней отношения… У нас, русских, выбора не было. Но она? Глядя на Россию глазами Шарлотты, они не узнавали свою страну, потому что то был взгляд иностранки, иногда наивной, но зачастую более проницательной, чем они сами. В глазах Шарлотты отражался тревожный, полный стихийных откровений мир — непривычная Россия, которую им нужно было познать…”

Odłożyłem książkę i machinalnie, bez zastanowienia zacząłem szukać rosyjskiego przekładu… Chciałem otrzeć się choćby o kilka akapitów po rosyjsku. Ten powyższy okruch i kilkanaście innych jakie znalazłem zachwyciły mnie; pomyślałem: przeczytam jeszcze raz Francuski testament po rosyjsku! Muszę! Od raz zdałem sobie jednak sprawę, że po tej lekturze znajdą się i tacy, którym przemknie przez głowę myśl: muszę to przeczytać po francusku! Myśl, która wwierci się w głowę na długo. Na bardzo długo.

Gdzieś na kartach swej powieści, Andreï Makine pisze: Tłumacz prozy jest niewolnikiem autora, tłumacz poezji – jego rywalem. Jeśli tak jest w rzeczywistości, Małgorzata Hołyńska, autorka polskiego przekładu, uporała się mistrzowsko z niewolniczymi kajdanami. Warto o tym wspomnieć już na początku, albowiem język sam w sobie jest istotną kategorią w tej powieści. To dzięki niemu popełniłem w głowie rzadką myśl (trawiony niechęcią do pojęć nieostrych, abstrakcyjnych): ta książka jest piękna!

Kluczem do Francuskiego testamentu jest sam Autor i jego… no właśnie, co? Rozdarcie? Dwoistość w percepcji rzeczywistości, czy wręcz przeciwnie: próba scalenia dwóch (jakże odmiennych!) światów? Makine urodził się w Krasnojarsku, choć jest… pisarzem francuskim. Tyle wystarczy komuś, kto jeszcze nie czytał tej książki. Zagłębiając się w lekturze, odkrywamy misternie opisane i niezwykle sugestywnie oddane światy, w które zaplątany jest główny bohater i jego babka Charlotte. Książka spina klamrą wspomnień początek i koniec XX wieku. Francję i Rosję. Rewolucje i wojny. Carstwo i republikę. Stalina i Pola Elizejskie. Gułagi i paryskie place skąpane w słońcu.

Efemeryczny, wyśniony, wydumany, zachowany pod powiekami Paryż. Francja utkana opowieściami tak sugestywnymi, że realny marazm stalinowskiego terroru dzieje się gdzieś obok. Nie na długo jednak. Odległa Francja staje się przekleństwem, blizną w Kraju Rad, w ojczyźnie Dostojewskiego i Mandelsztama. (Kiedy Andreï Makine opisuje wszystkie krwawe zadry rosyjskiej duszy, przez moment wydaje mi się pretensjonalny, gdy wyczuwam w jego prozie ukąszenia w/w mistrzów… Wybaczam mu ową pretensjonalność dziesiątki razy w czasie lektury. Wy też mu ją wybaczycie.)

Charlotte i jej wnuk, to jakby niechcący splecione istnienia, podmuchy przeszłości wyławiane na drugim końcu świata. Paryscy komunardzi odtwarzani w stepowej scenerii ZSRS; wrażliwość i wyobraźnia kreują tutaj niepowtarzalną więź. Ulotna francuskość jaką Charlotte zaraża młodego Andrieja, chcąc nie chcąc, ociera się o szorstką, sowiecką rzeczywistość. W walizce z wycinkami z francuskich gazet z początku wieku tkwi jeszcze stara, porwana fotografia kobiety w brudnej, łagrowej kufajce…

We Francuskim testamencie uderza balast wiecznych powrotów i dramatyzm wydarzeń, w których wybór jako taki definiuje człowieka na nowo – nietzscheańskie koło zdarzeń wstrząsane co rusz kirkegaardowskim albo-albo – oto, co znajdziemy w tej książce. Wszystko, co pomiędzy, to jeden z najpiękniejszych kawałków współczesnej prozy. Słowo: polecam! wydaje mi się śmiesznie płytkie. Ta książka jest wspaniała i trzeba ją przeczytać! Dla mnie, lubującego się raczej w „brudniejszych” częściach literatury wyzutej z piękna i pięknem raczej rzygającej, była to jedna z najbardziej inspirujących literackich wędrówek!

Potrzebuję czasu, by sięgnąć po rosyjski przekład. Czas sprawi, że Francuski testament po rosyjsku będzie smakować jeszcze wyborniej!

··· Anna Wojtacha – “Zabijemy albo pokochamy. Opowieści z Rosji”

Fajnie napisana, zawadiacka książka Anny Wojtachy, wybijająca się spośród wielu reporterskich obrazów z Rosji. Książka, po którą należy sięgnąć, choćby z uwagi na jej nieszblonowość. Podobnie jak Autorka, lubię podróżować sam, aby nikt marudzący obok mnie nie dekoncentrował mnie w szwendaniu się po świecie, niemniej jednak w pewnej chwili, w czasie lektury pomyślałem, że… taka laska jak Wojtacha, to wymarzony towarzysz podróży! Taaak, zniżyłem się do tak karygodnego spoufalania się z Autorką (dziennikarką, reporterką wojenną), albowiem nie jest to kolejna „panienka z okienka”, która pisze o konfliktach i dalekich krajach z pokoju hotelowego, nie brudząc sobie rączek ciężką reporterską robotą. Anna Wojtacha, to włóczęga z krwi i kości, w jak najbardziej pozytywnym znaczeniu tego słowa. Gdy trzeba rzuci bluzgiem, gdy trzeba wypije szklankę wódki (albo dwie… albo trzy…), zamiast stylowych knajpek woli speluny z tanim i pysznym jedzeniem i z „prawdziwymi” ludźmi, przekima się w namiocie, spróbuje żarcia ze śmietnika. Wszystko nie po to, by „poświęcić się” na ołtarzu trudu reportera, ale po prostu dlatego, że ona taka jest. Bezpośrednia, odważna i – jak mówi wielu bohaterów jej książki – pyskata do bólu.

Jej historie z Rosji są historiami – jak ja je nazywam – uczestniczącymi. Wojtacha nie jest beznamiętnym obserwatorem, nie stoi sztywno z dyktafonem przed bohaterem swojego reportażu. To, co opisuje dzieje się również z jej aktywnym uczestnictwem. Bez względu na to, czy pisze o seksie ze swoim facetem (nota bene snajperem ze Specnazu, w którym zakochała się po uszy w pociągu kolei transsyberyjskiej – ona, reporterka w Czeczenii, zdeklarowana przeciwniczka Putina i wojen czeczeńskich, w łóżku ze specnazowcem…), o robotnikach w syberyjskiej tajdze, o szarości Irkucka, czy o przygodach swojej przyjaciółki-prostytutki w Moskwie – wszystko to opisuje z perspektywy osoby zaangażowanej w daną historię.

Anna Wojtacha pisze bezpośrednio i ciekawie, a najważniejsze jest to, że trzyma się ona z daleka od wszelkich szablonowych sztuczek dziennikarskich, gdy mowa o Rosji. Nie znajdziemy więc w tej książce taniego pierdolenia o „rosyjskiej duszy”, ale znajdziemy w niej ludzi złamanych przez życie w tym kraju. Wojtacha pisze bardzo emocjonalnie (o wiele bardziej, niż np. Krystyna Kurczab-Redlich), ale nie zniekształca to samej istoty jej rosyjskich reportaży, nie odbija się ujemnie na bohaterach tychże.

Jest oczywiste, że kocha ona Rosję. To, co uderza mnie w tej książce najbardziej, to odczucie, którego niejeden raz doświadczyłem osobiście w kontaktach z moimi przyjaciółmi z Rosji. Rosję można znienawidzić albo pokochać, bądź balansować pomiędzy tymi skrajnościami… Jednak wcale nie jest oczywiste, czy Rosja pokocha nas… Nie jest to, wbrew pozorom, smutna konstatacja. To po prostu stwierdzenie faktu. Taka jest Rosja.

… a Wy powinniście przeczytać tą książkę!

··· Rafał Ziemkiewicz – “Jakie piękne samobójstwo”

Za tą książkę zabierałem się wielokrotnie już kilka lat temu, ale dopiero teraz udało mi się ją połknąć. Jak napisałem gdzieś wcześniej, mam słabość do Ziemkiewicza. Światopoglądowo pozabijalibyśmy się pewnie na setkach społeczno-politycznych pól bitewnych, bo jego endecko-konserwatywny rys nijak się ma do mojego anarchizmu… Ale Ziemkiewicz – co rzadkie w tym kraju nad Wisłą, bez względu na polityczne zapatrywania – potrafi pisać i jego warsztat publicystyczny jest po prostu dobry. A czytać wroga, który potrafi powiedzieć o co mu chodzi, to sama przyjemność. Wartość tej książki upatrywałbym głównie w jej bezkompromisowym dążeniu do zatarcia fałszywych kolein w naszych umysłach, którymi to koleinami od stuleci płynie ta sama – fałszywa z gruntu – narracja: Polak kurczowo trzyma się mitologii klęski i to na niej buduje swoją rzekomą wielkość, a z tejże wydumanej wielkości narodowej próbuje (z miernym skutkiem) wyciskać jakieś resztki patriotyzmu, które im mniejsze… tym większe (sic!). Ziemkiewicz ukazuje naburmuszonego i obrażonego na cały świat Polaka, którego (znowu… uff…) zdradzono! W czasie zaborów, w czasie II Wojny Światowej itd. My przelewamy krew, bohatersko umieramy, wybebeszamy się ku chwale ojczyzny i wszechświata, a nas znowu ktoś robi w bambuko! Autor dosyć trafnie punktuje ową filozofię klęski, podaje jej przyczyny i próbuje otwarcie nazwać to, czego z uwagi na oficjalną formę interpretacji historycznej, nazywać (na nowo) „nie wypada”. Na warsztat bierze II Wojnę Światową, punktując głupią, wg Ziemkiewicza, politykę Becka i wyrachowanie aliantów wobec Polski, jako mięcha wojennego dla Hitlera (i potem dla Stalina), który atakując najpierw Polskę, daje Francji i Anglii cenny czas na dozbrojenie się i stworzenie strategii wojennej. Nie pozostawia na „naszych sprzymierzeńcach” suchej nitki, podobnie jak celnie punktuje niektóre debilne decyzje taktyczne polskiego dowództwa. Rysując perspektywę aliansu z Hitlerem przed wrześniem 1939 roku (przeciwko Sowietom, rzecz jasna), Ziemkiewicz wpisuje się w nurt historii alternatywnej, która jednym wydaje się spekulatywnie interesująca, a u innych powoduje palpitacje serca. Nie chcę dotykać innych szczegółów tej książki, wychodząc z założenia, że sami zechcecie się z nimi zaznajomić. Dla mnie Jakie piękne samobójstwo, to publikacja celna w warstwie krytycznej, natomiast w warstwie patriotyczno-przyszłościowej, to już nie moja para kaloszy… Mimo wszystko – można przeczytać w któryś z leniwych wieczorów.

··· Szczepan Twardoch – “Drach”

To świetna książka. Ciężko mi się „rozpędzić”, by rozwinąć to pierwsze, bardzo niekonkretne zdanie. Chciałbym zachwycić się Drachem tak, jak Morfiną – wcześniejszą powieścią Twardocha, ale odbieram ją jakoś spokojniej. Nie mam śląskich korzeni, ale Śląsk jest mi niezwykle bliski (bliższy kulturowo w warstwie gwary, mentalności, terytoriów i przyjaźni, aniżeli moje autentyczne góralskie pochodzenie, którego nie kultywuję i… nie lubię); kiedy zacząłem czytać Dracha, cieszyłem się jak dzieciak z dwóch powodów: po pierwsze Autor wplata w powieść całe mnóstwo dialogów po śląsku, a po drugie terytorialnie jego wielopokoleniowa epopeja toczy się w tej części Śląska, którą znam i lubię najbardziej (najogólniej rzecz ujmując – Gliwice i okolice). Dość powiedzieć, że wielokrotnie czułem się tak, jakby Twardoch przenosił mnie w miejsca, w których już byłem, chociaż tym razem widziałem to wszystko w sepii i monochromie jego opowieści. Najłatwiej moglibyśmy powiedzieć, że Drach, to saga rodzinna zanurzona w narracji, która pozwala nam patrzeć na losy bohaterów przez czasoprzestrzenny kalejdoskop, gdzie obie wojny światowe, marazm komunizmu i czasy nam współczesne wnikają w życie kilku pokoleń jednocześnie, a my patrzymy na to z góry (od środka?) – na ten mały wycinek polsko-śląsko-niemieckiej ziemi, na małą ojczyznę, na małe-wielkie śmierci i afekty, na ludzką historię rozumianą jako ciągłość, ale ciągłość przewrotną, chwiejną, gdzie los, kula z karabinu, uniesienie, zawał serca, butelka wina zmieniają wszystko, literalnie wszystko. Świniobicie opisane na początku powieści i sarny obecne w każdej jej części, to mistrzowskie alegorie, metafizyczne nici jakimi Twardoch zszywa ten ołowiany, rozorany historycznie i kulturowo Śląsk. Chociaż nie – nie Twardoch spaja tą historię. Ziemia ją spaja. Wilgotna, czarna ziemia – świadek wszystkiego, co w Drachu opisane. W ziemi węgiel, a na ziemi gruby i familoki. W ziemi krew i pokoleniowe szepty. … a ja stoję na Pszczyńskiej w Gliwicach i na przystanku łapię stopa („wracasz z Hanysowa do Gorolewa” – mówi mi kumpel). Mijam Przyszowice, Mikołów, a przede mną Tychy i Bieruń… Za plecami mam tą część Śląska, którą tak bardz lubię… To tam ziemia wciąż opowiada historię, którą w Drachu opisał Szczepan Twardoch…

··· Ilona Wiśniewska – “Białe. Zimna wyspa Spitsbergen”

Niezwykle urokliwa opowieść o najdalej na północ wysuniętym miejscu świata, gdzie jeszcze mieszkają ludzie. Mieszkają, tworząc unikalną społeczność, do której wielu chciałoby należeć, choć nie każdemu się udaje, nie każdemu wychodzi… Spitsbergen, bo o nim mowa, to absolutnie wyjątkowa, surowa i ekstremalna ziemia, a przekonała się o tym Autorka, która mieszkała tam wiele lat i z perspektywy swojego doświadczenia opisała swoje arktyczne przeżycia. Ilona Wiśniewska pisze o Spitsbergenie bardzo naturalnie i osobiście. Dzięki temu otrzymujemy zajmującą, interesującą książkę, zamiast kolejnej sztucznej opowiastki turystycznej. W trakcie lektury czujemy, że Wiśniewska jest po prostu częścią tamtejszego ekosystemu, a to, co (i jak!) widzi wokół przekazuje nam w taki sposób, że w każdym introwertyku odzywa się zew: spakować plecak i ruszać choćby jutro – odkrywać Svalbard! Na Spitsbergenie człowiek musi radzić sobie w morderczym uścisku przyrody i warunków atmosferycznych. Zapewne dlatego więzi międzyludzkie są tam tak różne od naszych, „kontynentalnych”, a każdy samotnik jest jak wyciosany z lodu i owiany arktycznym wichrem. Autorce udało się perfekcyjnie uchwycić różnice w charakterach mieszkańców tej największej wyspy w archipelagu Svalbard. Ludzie starają się tam za wszelką cenę stworzyć znośne warunki bytowania, które rekompensują im ekstremalne wrażenia pogodowe przez okrągły rok i… udaje im się to. Ale Spitsbergen, to coś więcej, aniżeli „lodowa samotnia dla brodatych Wikingów”; mieszają tam przedstawiciele połowy kuli ziemskiej z obywatelami Tajlandii i Iranu włącznie. Wiśniewska krok po kroku szyje nam patchwork Spitsbergenu. Siedzi w ciepłym, norweskim domku niemal na czubku kuli ziemskiej, za oknem trzaska mróz, a ona szyje kolorową opowieść krainy jakże różnej od znanego nam świata. Jej reportaż jest trochę jak pamiętnik, a trochę jak ciepła opowieść kogoś bliskiego. Białe… czyta się po prostu fenomenalnie! Oszczędziłem Wam szczegółów tej fascynującej opowieści, by nie psuć Wam wieczoru, kiedy napijecie się gorącej herbaty i usiądziecie w fotelu, aby przeczytać tą książkę. Zakochacie się w niej (lub w Spitsbergenie) . Jestem pewien!

··· William Gibson – “Trylogia Ciągu”

[recenzja dedykowana wszystkim entuzjastom FOSS, LINUX, BSD i pracy w powłoce/konsoli ;)]

Przede wszystkim brawa i podziękowania za tą książkę należą się Wydawnictwu MAG! Dla każdego maniaka hard science fiction i cyberpunk, wydanie to jest absolutnym strzałem w dziesiątkę! Z ogromną radością pochłonąłem całą “Trylogię Ciągu”, przy okazji – niezły paradoks! – przy pomocy science fiction powracając do przeszłości (sic!). Jestem z tego pokolenia, które “na zapisach” w kioskach “Ruchu”, w tekturowych teczkach prenumerowało “Fantastykę”, które gniło godzinami w bibliotekach i cierpliwie czekało na nowe książki Asimova, Dicka, Zelaznego, Le Guin, czy Gibsona wreszcie, albo męczyło jedyny egzemplarz którejś części “Diuny”, Herberta, w lokalnych czytelniach... Potem z zapamiętaniem grało w “papierowe” RPG-i takie jak np. “Cyberpunk 2020”... A “Neuromancera” czytałem 666 razy ;)

“Neuromancer”, to nie tylko nowatorska fantastyka i wspaniały literacki cyberpunk. To pewien etap w historii science fiction i zgodzi się z tym chyba każdy entuzjasta gatunku. Młodzieżowe zachłyśnięcie się literaturą fantastyczną ma w sobie coś z sinusoidalnej mody w Polsce, dlatego to wydanie trzech dzieł Williama Gibsona właśnie teraz jest doskonałą okazją by wszyscy, którzy do tej pory omijali obszary science fiction, czy wręcz uznawali ten gatunek za mało literacki, zapoznali się z kwintesencją i klasyką “twardej” fantastyki!

“Trylogia Ciągu”, to nie przydługawe space-opery, ani spotkania z Obcymi. Jedynym “obcym” w książkach Gibsona jest człowiek – najpierw sam dla siebie, a w drugiej kolejności dla rzeczywistości, która nie jest taka oczywista, jak mogłoby się wydawać; jej ramy są płynne i niebezpieczne i w sumie nazywając to “rzeczywistością”, tak naprawdę nie mówimy niczego konkretnego. Dehumanizacja jako immanentna cecha ludzka (sic!), to nie fakt istnienia zaawansowanej nanotechnologii i powszechności biowszczepów u głównych bohaterów Trylogii... To również nie prostacki samozachwyt technologicznymi możliwościami ujarzmiania wąskiej części kosmosu wokół małej, niewiele znaczącej Ziemi. “Trylogia Ciągu”, to twardy kop w twarz od świata, w którym giniesz jeśli nie zainwestowałeś w kilka zabawek i jeśli dasz się zaskoczyć nieporównywalnie zwinniejszym od ciebie. Konkrety? Ojjj, nie zrobię wam tej krzywdy i nie opiszę żadnego gadżetu, rozwiązania biomechanicznego, żadnych szczegółów nt tego, co dzieje się, gdy zakładasz triody i gdy jesteś cyberkowbojem! Przekonaj się sam/-a na czym polega innowacyjność, wyjątkowość, magnetyczna wręcz unikalność prozy Gibsona!

Chciałbym, żeby czytelnicy zainteresowani “Trylogią Ciągu” wiedzieli, że William Gibson jest absolutnym cyberpunkowym mistrzem. Wykreowany przez niego świat (będący cały czas NASZYM światem!) jest dowodem nie tylko na kreatywność literacką – William Gibson w latach 80-tych ubiegłego wieku pisał o tym, co czeka na nas za rogiem (nie wspominając o tym, co już stało się naszą codziennością). Już wkrótce. Jego wizja cyberprzestrzeni, to nie tylko geniusz wyobraźni, ale i spełniająca się rzeczywistość.

Czytacie tą recenzję, albowiem istnieje internet i to, co aktualnie piszę mogę zaraz wysłać na serwer, który umożliwia mi ograniczony dostęp do “Lubimy Czytać”. A teraz wyobraźcie sobie, że macie swoją konsolę (wszczepioną przykładowo w kark – od czasów Gibsona minęło trochę lat), a ja wysyłam wam moje zdanie nt “Trylogii Ciągu” – do zwizualizowania sobie w dowolnym momencie, ewentualnie do przeczytania w waszym osobistym terminalu wszczepionym w rogówkę oka. Jeśli wam się spodoba i spojrzycie na “wartościowa opinia”, to przelecimy się razem tam, gdzie jest trochę Lodu... A Lód jest właśnie dla takich jak ty i ja. Jesteśmy po to, by rozpierdalać Lód :) To jest cyberpunk!

Podsumowując. “Trylogia Ciągu”, to lektura absolutnie obowiązkowa dla wszystkich. Dlaczego? Ano dlatego, że wkrótce to, co nazywamy potocznie i poczciwie “rzeczywistością”, zacznie wyglądać tak, jak w latach 80-tych XX wieku obmyślił to Gibson. Jego książki, to żadna przestroga. To niedaleka przyszłość. Bardzo niedaleka. Nie szykujcie się na “odrodzenie” wielkich wartości, idei i religii. Przygotujcie się na terror korporacji, zanik państw i na niezły syf na tej małej planecie w nic nie znaczącej Drodze Mlecznej. Lepiej unikać ciosów molochów i zostać cyberpunkiem!

··· John Brunner – “Na fali szoku”

Bez zbytniego rozpisywania się – “Na fali szoku”, to jeden z najciekawszych i najbardziej wciągających kawałków anarchistycznego cyberpunka, jaki trafia w ręce polskich czytelników! Brunner napisał potężną powieść w gatunku hard science fiction, choć tak naprawdę opisał rzeczywistość czekającą na nas tuż za rogiem. rzeczywistość gdzie multikorporacje i rządy – dzięki technoinformatycznemu boomowi – skupiają w swych łapskach kapitał i władzę niemal absolutną, a kapitalizm ogranicza się do stymulacji reglamentowanych potrzeb i ścisłej kontroli w warstwie społeczno-ekonomicznej. Wbrew pozorom nie jest to jakaś “upiorna wizja postapo”, ale konsekwencja tego, co aktualnie dzieje się w obrębie kapitalizmu... John Brunner opisał kapitalizm jutra. I dał nam broń do walki z tym chorym systemem. Jaką? Przeczytajcie i przekonajcie się...

“Państwo chce rządzić nami – wolimy być wolni! Rządzimy się sami!”

··· Robert David Kaplan – “Na wschód od Tatarii. Podróże po Bałkanach, Bliskim Wschodzie i Kaukazie”

Tytuł mówi sporo o zawartości tego tłuściutkiego tomu (ponad 500 stron)... Twórczość dziennikarsko-reporterska Kaplana jest mi znana, więc wiedziałem, czego się spodziewać. Na Wschód od Tatarii, to solidna dawka eseistycznej wiedzy o tym regionie świata, który wydaje się kluczowym w próbach rozwikłania obecnych problemów w Syrii, Iraku, ogólnie – na Bliskim Wschodzie. Robert Kaplan opisywał swoją relację z podróży po Bałkanach, Turcji, Syrii, Izraelu kilkanaście lat temu. Siła tej książki polega na tym, że czyta się ją z poczuciem autentycznego uznania dla Autora, albowiem posiada on gigantyczną wiedzę w materii geopolityki czy antropologii kulturowej obszarów, w jakie opisuje. Można się z Kaplanem nie zgadzać w ogólnych ramach okcydentalistycznej maniery ujmowania problemów globalnych, ale nie można odmówić mu specyficznego instynktu politycznego; czytamy jego książkę w 2016 roku i zauważamy swoistą ciągłość pomiędzy rzeczywistością tu i teraz, a tym, co on sam dostrzegał i przewidywał w chwili pisania tej książki. Lektura absolutnie obowiązkowa!

Christion Eisert – Tydzień w Korei Północnej. 1500 kilometrów po najdziwniejszym kraju świata”

Zakładam, że mam pecha. Jednak ci, którzy czytali moją recenzję książki, którą popełnił pewien niemiecki goguś w materii bytowania w Moskwie (link: http://wp.me/p26ZRT-Vg ), mogą pomyśleć, że cierpię na jakąś germanofobię. Nic podobnego. Tydzień w Korei Północnej, Christiana Eiserta, to po prostu kupa, na którą nie warto wydawać nawet złotówki. Ta książka, to słabizna, jakkolwiek by jej nie traktować; w żadnym wypadku nie jest to literatura faktu, nie jest to również reportaż. Jeśli można to nazwać „relacją z podróży”, to wolałbym nie marnować paru godzin na coś takiego, nie mówiąc o pieniądzach (znowu wkurw, bo rzuciłem je w błoto)…

Zaczynamy od okładki wydania polskiego. Debilna, biorąc pod uwagę, że za kreskówkowym Kim Dzong Unem kryje się jednak największy zamordyzm tego chorego świata. Byłoby OK, gdyby ta książka była satyrą na reżim północnokoreański; jak rozumiem Autora tejże, chciał on popełnić nieco humorystyczną opowiastkę ze swojej podróży, ale poczucie humoru tego gościa – czytając cierpliwie to coś – jest, łagodnie mówiąc, o kant dupy rozbić. Lipa. Być może niemiecka klasa średnia miała ubaw po pachy w czasie lektury Tygodnia… Ja śmiałem się raczej z dupowatości tego „turysty”, który wyprawia się na drugi koniec świata, do najbardziej strzeżonej rzeźni.

Christian Eisert jest Ossie. Dzieckiem, który wychował się w NRD i liznął skrawki komuszego królestwa Stasi i Honeckera. Dzieckiem w dosłownym znaczeniu tego słowa; zgadnijcie co było motywacją jego wyjazdu do KRLD? Niegdysiejsza wizyta ambasadora tejże w jego komunistycznej szkole i… (sic!!!) skrawek NRD-owskiej gazety, w której w jednym z artykułów o Korei Północnej widnieje zdjęcie basenu-lunaparku, gdzie znajduje się bajeczna zjeżdżalnia w kolorach tęczy. Tą zjeżdżalnię Autor ze wszech miar zapragnął zobaczyć… Zdjęcie z gazety będące wyrazem nostalgii i chyba swego rodzaju kaprys, sprawiły, że ten duży chłopiec postanowił pojechać do KRLD. Nie wybrał się tam jednak sam! Za towarzyszkę podróży wybrał swoją przyjaciółkę o wietnamskich korzeniach, troszkę ekscentryczkę. I chwała Honeckerowi za to, że nie pojechał tam sam, bo zapewne zaryczałby się w Pjongjangu na śmierć już po kilku dniach. Mimo, że Autor sam pretenduje do roli nadwornego „rozśmieszacza wyprawy”, czytelnik książki od razu skapuje, że to właśnie jego towarzyszka ma jaja i potrafi „zastosować” sarkazm i dobry/czarny/zły humor wtedy gdy jest to konieczne.

O meritum książki nie ma się co rozpisywać, naprawdę. Jest to kompilacja wiedzy z Wikipedii, paru przewodników i kilku książek nt historii obu Korei. Każdy opis jakiegokolwiek faktu historycznego brzmi jak zerżnięty z innego źródła – może gimbusy dowiedzą się czegoś nowego.

Żeby nie było, że jestem gołosłowny i pastwię się nad biednym Christianem Eisertem, przytoczę pokrótce tylko kilka znamiennych przykładów dupowatości Autora i groteskowości jego wyprawy… O wiele więcej podobnych można znaleźć w książce. Eisert jedzie z przyjaciółką, ale ma żonę (która zostaje w Niemczech), niemniej jednak chce oznajmić czytelnikom, że – wiecie, rozumiecie – z przyjaciółką nic głębszego go nie łączy. Robi to nieporadnie jak nastolatek. Żenada :D Eisert nie pije, nie pali i nie lubi kawy, co pryncypialnie podkreśla w różnych momentach książki. Autor wsiada do samolotu i ubiera golf + bluzę, gdyż chronicznie nie znosi przeciągów (k***a, przeciągi w samolocie!). Pierwszy jego komentarz na widok lotniska w Pjongjangu: jego budynek wygląda jak warsztat samochodowy w powiatowym niemieckim miasteczku (ach, te cudowne porównania: Niemcy vs świat!). Aby przybliżyć niezorientowanym czytelnikom (a jakże! Inni zapewne nie czytają tej książki) topograficzne szczegóły, Christian Eisert porównuje Półwysep Koreański do… konika morskiego bez ogonka (sic!), a Japonię do smoka plującego ogniem. Obrazowość przede wszystkim. Po przybyciu do Pjongjangu i zakwaterowaniu w hotelu doznaje niemal orgazmu, gdyż po trzech dniach podróży może umyć zęby! Wow! Potem zdradza czytelnikom, że w domu zostawił mamie (mamie… jakie to urocze! Ciekawe, co na to żona…) dyspozycje spadkowe w Deutsche Banku i polisę „w razie nieprzewidzianych wypadków” :D Niemiec zamawiający burżujską wycieczkę z „opiekunami” z północnokoreańskiej ubecji, śmiertelnie boi się o to, czy wróci cały do domu. (Aha, potem pisze z hotelu – oczywiście do mamy – maila wcześniej ustalonym szyfrem… Jeeeb! :D Mutti pewnie drży ze strachu…). Eisert nie jest w ciemię bity i zabiera ze sobą pancerny zapas batonów energetycznych i niemieckiej czekolady, albowiem – trzymajcie się teraz tego, na czym siedzicie :D – znalazł w internecie specjalną formułę, dzięki której obliczył, że dla „podtrzymania podstawowych funkcji życiowych” w tak mało niemieckim kraju jak Korea Północna potrzeba 800 kalorii dziennie. Mam nadzieję, że nie dziwicie się, że używam emotikonów w tej recencji :)) Aż chciałoby się napisać staropolskie: ja pierdolę! :D Na widok rowerzystów, którzy do swoich jednośladów mają przytwierdzone tabliczki z numerami, ze śmiertelną powagą Eisert stwierdza, że to „świetny sposób by zidentyfikować rowerowych chuliganów”… Wymiękam…

Podobnych perełek znajdziecie w tej książce o wiele więcej. Ja wiem jedno – nie wyjechałbym z tym kolesiem nawet na weekend poza Berlin, w jakiekolwiek miejsce, gdzie nie można płacić kartą i zanika zasięg (a jak wtedy zadzwonić do mamy???).

Podsumowanie. Książka-żenada. Dość powiedzieć, że Christian Eisert nie zobaczył w efekcie zjeżdżalni w kolorach tęczy, mimo, że usilnie prosił o trop swoich koreańskich ubeków. Natomiast zabrał ze sobą miniaturkę jakiegoś tam autka na resorach, by zrobić mu fotkę w kraju Kim Dzong Una… Serio, nie da się tego gówna czytać. Autor zrobił pośmiewisko z siebie samego (natomiast szacun dla jego towarzyszki podróży!) i popełnił naprawdę kiepską historyjkę. Zamiast wydawać kasę na Tydzień w Korei Północnej, kupcie książkę Suki Kim (link: http://wp.me/p26ZRT-10b ), albo butelkę wina (lub dwie, trzy) i poszperajcie w necie w poszukiwaniu naprawdę wartościowych historii z tego najsmutniejszego kraju świata.

PS: JEDYNA wartościowa rzecz w niniejszej książce, to link do foto-bloga pt. “Kim-Jong-Il Looking At Things” (http://kimjongillookingatthings.tumblr.com/). To symptomatyczny, a jednak prześmiewczy i groteskowy blog ukazujący Kim Dzong Ila “patrzącego na rzeczy” w czasie swoich chorych inspekcji po kraju...