lukaso

📚 recenzje książek 📚 kup mi kawę ☕️ → https://ko-fi.com/lukaso

··· Sławomir Cenckiewicz – “Wałęsa. Człowiek z teczki”

Solidny zbiór faktów, popartych dokumentami (których w 1989 i wcześniej nie udało się zniszczyć) i relacjami świadków. Książka ta jest tym ważniejsza, że młodsze pokolenie urodzone grubo po stanie wojennym, czy nawet grubo po Okrągłym Stole i tak posiada lipną wiedzę historyczną (historia?! w epoce Wikipedii i Faceshita?! fuuuj!) nt wydarzeń ostatnich dziesięcioleci, a opiniotwórcze (wybiórcze – w tym wypadku są to słowa-synonimy) media oraz tzw. “autorytety” i tak zrobiły już mnóstwo, by zabetonować w społecznej świadomości bajki o Wałęsie, który zniszczył komunizm, o Okrągłym Stole jako jedynym wyjściu z opresyjnego reżimu i o tym, że olbrzymia część ówczesnej Solidarności, która odrzuciła opcję kompromisu z komuchami, to radykałowie, popaprańcy i kato-fanatycy. Prawda jest jednak zupełnie inna. Pisząc “prawda” mam na myśli nie tylko zbiorową pamięć środowiska solidarnościowego, które już w trakcie wydarzeń w Gdańsku w 1970 roku zauważyło, że z Wałęsą jest coś nie halo, że być może jest kapusiem. Cóż, był owym “Bolkiem”, współpracował z ubecją, brał za to kasę, co w późniejszym okresie determinowało wszystkie jego posunięcia strategiczne w “walce” z komuną... “Walka” owa w konsekwencji stała się patologiczną symbiozą dwóch środowisk, które – na plecach klasy robotniczej skupionej w wielomilionowej Solidarności – wylazły na powierzchnię III RP i rządzą nią do dziś. Prof. Paweł Wieczorkiewicz, tuż przed śmiercią powiedział, że w gruncie rzeczy, biorąc pod uwagę wszystkie uwarunkowania, które doprowadziły do Okrągłego Stołu, Polska wciąż jest krajem postsowieckim, gdzie służby byłej PRL koegzystują z “opozycją”. Zgadzam się z profesorem w całej rozciągłości. Cała klasa polityczna [tam]tej generacji (gwałcąca mózgi ludzi po dziś dzień) i obecne media głównego nurtu, to twór do szpiku kości postsowiecki. A “Bolek” jest niejako sztandarowym przykładem tego, jak można upierdolić sobie ręce współpracą ze zbrodniczym reżimem i jednocześnie kreować się na zbawcę Europy Wschodniej. Nie chce mi się przytaczać tutaj jakichkolwiek wypowiedzi tego politycznego bankruta. Smutne jest to, że niezbyt rozgarnięty megaloman z pokojowym Noblem wciąż jest jakimś symbolem dla świata. Może za 50-80 lat historia skoryguje błędy i ewidentne kłamstwa nt tego człowieka. Dla mnie Wałęsa jest nie tylko człowiekiem z teczki. W kontekście solidarnościowego zrywu jest dla mnie nikim, albowiem porzucił niemal na starcie wszystkie idee samorządnego ruchu związkowego i tradycji robotniczych zrywów. Nie mam wpływu na to, że ta część Solidarności, która dochowała wierności ideałom jakie wyrosły po masakrze '70 na Wybrzeżu, to patriotyczne kato-bogoojczyźniane środowisko. Nie chcę uogólniać, ale w etosie Solidarności najbardziej ceniłem i cenię konsekwencję i wierność ideałom robotniczego ruchu związkowego. Dlatego z szacunkiem odnoszę się do Anny Walentynowicz, Andrzeja Gwiazdy, czy Kornela Morawieckiego (nazwisk podobnych do nich ludzi są setki, jeśli nie tysiące) – z szacunkiem podałbym im dłoń (Walentynowicz – RIP). Parafrazując bohatera książki Cenckiewicza, nogę podałbym tym wszystkim, którzy zbratali się z tym kurewskim systemem opresji i zbrodni – na czele z Bolkiem, Michnikiem, Geremkiem, Kuroniem i całym stadem budowniczych III postkomunistycznej RP.

Refleksja: Cenckiewicz, to prawicowa świnia, idiota, oszołom, fanatyk – tak nazywają go ci, którzy go nie czytali, albo ci którzy czytali i wyznają jedynie słuszną wykładnię historii najnowszej made in michnikowszczyzna. Ja czuję się tym bardziej niekomfortowo, jako anarchista. Cóż, znam ten wątek historii Solidarności, który odnosi się do myśli lewicowej, a jednak nie jest częścią szmaciarskiego sojuszu z takimi “ludźmi honoru” jak Kiszczak czy Jaruzelski. I mówię tutaj o autentycznej tradycji związkowej, równie wiernej ideałom robotniczej walki o samostanowienie w miejscu pracy, jak i poza nim.

Wałęsę z teczki trzeba przeczytać! On tam tkwi od 1970 roku!

··· Swietłana Aleksiewicz – “Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka”

Każda książka Swietłany Aleksijewicz, to skarb. Jest ona mistrzynią ratowania od zapomnienia przestrzeni byłego ZSRS. To nie tylko kronikarski zbiór wydarzeń i faktów w obrębie czegoś tak olbrzymiego, jak osierocone wyspy sowieckiego archipelagu, ale również do bólu autentyczne historie człowieka, jednostki. Człowiek jest bowiem punktem wyjścia dla Aleksijewicz. Zawsze i bez wyjątku. Czasy secondhand…, to kolejny zbiór indywidualnych historii ludzkich, przesiąkniętych czasem smrodem, a czasem ledwie uchwytnym aromatem postsowieckiej lśniącej bańki, która pękła – dla jednych z wielkim trzaskiem, dla innych z dźwięcznym, wesołym podmuchem nowego.

Homo sovieticus, to nie tylko kategoria socjologiczna. То wciąż jeszcze rzeczywistość na sporym kawałku naszego globu. Ludzie rzucani jak piłeczki golfowe przez dyktatorskie, polityczne widzimisię – od Stalina do Breżniewa – po całym byłym Związku Sowieckim; zniszczona ciągłość kulturowa całych grup społecznych i dramaty poszczególnych jednostek pozostawionych samym sobie, bądź wessanych w system dziwnych, chorych zależności. Rozpad tego potwora o nazwie ZSRS, to także rozpad ludzkich głów, zanik jakiejkolwiek egzystencjalnej zdolności wyłapywania azymutu, określania sensu w minimalnym choćby wymiarze życiowym. O tym wszystkim jest nowa książka Aleksijewicz.

Książkę warto przeczytać również dlatego, że i my odnajdziemy w niej odprysk sowieckiego molocha, gdzieś z tyłu naszych głów. W organizmach wielu z nas tkwi radioaktywny pierwiastek Czarnobyla, a postsowieckie pokolenie frustracji również w Polsce ma przetrącony kręgosłup – jak miasta-widma na Syberii, z budynkami o pustych oczodołach okiennic.

··· Krzysztof Samborski – “Zjadłem Marco Polo”

Wspaniała książka podróżnicza opisująca przeprawę motocyklową w cudowne pustkowia Kirgistanu, Tadżykistanu, Chin i Afganistanu. Książka napisana bez zadęcia, wyprawa zorganizowana bez grubej kasy, Autor trzymający fason, w gruncie rzeczy relacjonujący czytelnikowi swoją podróż jak kumpel.

Santorski odkrywa przed nami bezkresną przestrzeń Azji Centralnej, która nie została jeszcze zmielona przez zachodnią maszynkę do zarabiania kasy, zwanej potocznie „turystyką”. Na dźwięk słowa „turysta” chce mi się rzygać i może dlatego tak świetnie czytało mi się tą książkę. Kulturowe bogactwo i pustkowia, o których pisze Autor, to nie skamieliny, które możemy „podziwiać” w Wikipedii na zdjęciach. To pulsujący, żywy organizm, przysypany pyłem z górskich szlaków, czasami zahibernowany w niedostępnych przełęczach. Nie będę rozpisywać się o szczegółach, by nie psuć Wam lektury. Dość powiedzieć, że to jedna z lepszych książek włóczęgowskich nt szeroko pojętego Wschodu.

Owocem owej lektury – w moim przypadku – jest nawiązanie kilku fajnych znajomości z ludźmi z Biszkeku i Duszanbe.

D.Kania, J.Targalski M.Marosz – “Resortowe dzieci. Media”

Pomyślałem sobie tak: może lepiej poczekać, gdy któryś z moich prawoskrętnych znajomych (mam ich chyba dwóch, wliczając w to sąsiada po 60-tce) kupi tą książkę, dzięki czemu nie nabiję kabzy Frondzie, z którą – najdelikatniej rzecz ujmując – jest mi kurewsko nie po drodze. A może zamówić ją sobie w bibliotece i czekać cierpliwie na swoją kolej? Ostatecznie – w ramach równowagi – dałem zarobić katolom; wcześniej dawałem razy kilka zarobić pluszowym quasi-lewakom z KrytPo. Bilans na zero.

Oczywiście ani Kania, ani Marosz, ani tym bardziej Targalski (czyli Autorzy Resortowych dzieci…) nie są bohaterami moich bajek polityczno-publicystyczno-moralnych, ale po lekturze tej książki przynajmniej otwarcie powiem, co mnie z nimi łączy – niechęć do michnikowszczyzny (najszerzej rozumianej) i resortowej właśnie wersji historii / publicystyki. Spodziewałem się sporego prawicowego zaczadzenia w tej książce, ale o dziwo akcentów ewidentnie tendencyjnych jest w niej naprawdę niewiele (sic!). Rzecz jasna, zdeklarowany zwolennik porządku III RP, stały czytelnik Wybórczej, Polityki i „oglądacz” TVN24 na starcie zdyskwalifikuje tą publikację i… w moim mniemaniu będzie albo głupim, albo ślepym ignorantem.

O książce było głośno. Nie chce mi się jednak rozwodzić nad płaczem „czołowych publicystów” tego kraju w tej materii. Nie warto. I tak było do przewidzenia jak zareagują. Dość powiedzieć, że Autorzy wyskoczyli z tezą, którą trudno odrzucić ot tak, bez sekundy choćby namysłu. Idzie o to, że żyjemy w kraju, w którym elity medialne nie tylko ukształtowane są w oparach komuszego reżimu, ale pewne tendencje tego środowiska (jeszcze przed 1989 rokiem nazywanego lewicą laicką) ulepiły niejako „na stałe” dyskurs polityczno-publicystyczny tak, jak funkcjonuje on do dziś w głównym nurcie. Nie obchodzi mnie, że teza ta jest niejako integralnym składnikiem krytyki ze strony środowiska prawicowego. Nie obchodzi mnie to dlatego, że jako osoba odległa o lata świetlne od prawicy, uważam ją za słuszną. Jeśli ktoś krytykując Michnika, TVN, Polsat i mainstreamowe media zatrzymuje się na gówniarskim poziomie typu: „jego/jej ojciec, to żydo-komuna!”, wypada się tylko śmiać, albo ubolewać nad intelektualną indolencją i prostackim antysemityzmem takich idiotów (których, nota bene niemało wśród Polaczków).

Bajka polega na tym, że teza o monopolizacji mediów w Polsce przez środowiska i kręgi ludzi tak czy inaczej splecionych z komunistyczną bandą (od czasów – z grubsza biorąc – stalinowskiego desantu i PKWN) nie jest prosta do obalenia. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że nie sposób jej obalić. Można spierać się o detale, ale nawet gdyby Żakowski, Wielowieyska, Michnik, Paradowska, czy inny Lis napięli do granic możliwości swój publicystyczny potencjał, nie dadzą rady. I nie chodzi o to, że jakiś Targalski (hmm… tutaj też moglibyśmy podyskutować o resortowości w/w współautora książki – ot, paradoks…) napisał to, co napisał, a cała wataha mediów głównego nurtu autorytatywnie stwierdzi, że to „prawicowe szaleństwo”, czy (główny retoryczny fetysz michnikowszczyzny) „mowa nienawiści”. Waga ich zawodzeń nie ma dla mnie jednak wielkiego znaczenia. Od wielu, wielu lat. Resortowe dzieci…, nie są jakimś siermiężnym obuchem prostacko realizującym ulubioną wizję prawicy pt: dzieci komuchów robią karierę dzięki swoim starym z aparatu poprzedniego systemu. Albo inaczej: dla prawicowego czytelnika, ta książka taka będzie, choć po jej lekturze każdy średnio rozgarnięty i nie uprzedzony czytelnik powinien choćby zastanowić się nad faktycznymi koneksjami środowiskowo-rodzinnymi, a tożsamością polityczną sfory zwanej: „opiniotwórcze media”.

Dwa przykłady, łatwe do zweryfikowania – codziennie / co tydzień. Pierwszy przykład, to Poranek Radia TOK FM, emitowany codziennie od poniedziałku do piątku od 6:00. Gospodarzami tegoż są m.in.: Dominika Wielowieyska, Jacek Żakowski, Janina Paradowska. Autorski przegląd prasy, autorskie komentarze, goście zapraszani do studia. Najbardziej „podobają” mi się poranki z Paradowską i piątkowy – z Żakowskim. Jacek Żakowski zwyczajowo zaprasza Tomasza Lisa, Tomasza Wołka i Wiesława Władykę… Zresztą to naprawdę niezbyt istotne, kto kogo zaprasza – serio! Sami zróbcie sobie test i zapodajcie sobie wszystkie poranki w TOK FM, dzień po dniu. I wsłuchajcie się w komentarze, opinie – merytorycznie. Bardzo szybko zwrócicie uwagę na znamienny fakt: ci ludzie gaworzą ze sobą tak, jak starzy kumple przy piwie. Starzy i gadający o tym samym – tak samo. Gwarantuję wam, że po kilku, kilkunastu tygodniach, gdy usłyszycie w radio coś w rodzaju: „Tomku, pozwolę się z tobą nie zgodzić…”, parskniecie śmiechem. Te media, to tak kurewsko wyjałowiona monokultura, że zadziwia mnie jakakolwiek próba obrony ich poziomu i merytoryczności.

Drugi przykład, to niedzielny program w TVN24: Loża prasowa. Schemat dokładnie taki sam jak wyżej, z tym że skład dziennikarski nieco inny (m.in. z takimi „tuzami” jak Daniel Passent – również bohater Resortowych dzieci… – baaaaaardzo adekwatny przykład!).

Poleciałem w dygresję… Ale tylko po to, by pokazać, że sami możecie zweryfikować jakość resortowych mediów. Bo takie one naprawdę są. Od lat. Mocno polecam tą książkę – nawet tym, którzy kręcą gębą (jak ja) na prawicowe oszołomstwa i przegięcia ideowe. Dlaczego? Dlatego, że Autorzy – obcy mi ideowo niemal od A do Z – skupili się na tych aspektach, które rzucają w miarę jasne światło na genezę środowiska postrzeganego jako ideał dziennikarstwa. Tylko idiota stwierdzi, że książka ta jest wyłącznie „graniem teczkami z IPN” – nie jest.

Czy jakieś nazwiska w Resortowych dzieciach… wzbudziły we mnie zdziwienie? Nie, chociaż kilka medialnych gwiazdeczek ukazało się teraz w zupełnie innym świetle. Jedynym zdziwieniem i zawodem była Krystyna Kurczab-Redlich. Recenzowałem na blogu jej książkę i wciąż uważam ją za wybitną. Ale kilka – dla mnie istotnych – faktów, zmienia moją optykę, Pani Krystyno…

Byłbym idiotą, gdybym uważał Resortowe dzieci… za wyrocznię i „antyubecki podręcznik”. Ale byłbym skończonym debilem, gdybym miał powtarzać w tej sferze relatywistyczne banialuki pełne hipokryzji, rodem z Wybiórczej, czy Polityki. Ta retoryka śmierdzi mi nie od dziś i mam nadzieję, że generalny dyskurs etycznej przejrzystości mediów w kontekście przeszłego reżimu nie zostanie do reszty zawłaszczony przez takich bankrutów jak Michnik, Passent, czy Kwaśniewski.

··· John Sweeney – “Korea Północna. Tajna misja do kraju wielkiego blefu”

Przykro to stwierdzić, ale chyba znowu dałem się nabrać… Po Ruskim ekstremie, znowu zetknąłem się z książką-ściemą. Tym bardziej jest to przykre, że John Sweeney, to uznany reporter BBC i spodziewałem się naprawdę solidnego kawałka reportażu, tymczasem nie przeczytałem niczego nowego. Ta książka jest po prostu słaba.

Owa „tajna misja” w podtytule polegała na tym, że Sweeney pojechał do Korei Północnej na kilkudniową (sic!) wycieczkę z grupą studentów London School of Economics, podając się za profesora tejże uczelni. Tym oto sposobem przechytrzył reżim Kimów; zapewne jako reporter BBC niewiele lub zgoła nic nie zdołałby zobaczyć/opisać, o ile w ogóle zostałby do Korei Północnej wpuszczony.

Jest więc Sweeney w Pjongjangu i opisuje to, co opisywali przed nim inni: pokazówkę reżimu dla zagranicznych gości, ulice bez samochodów, fabryki-widma, strefę zdemilitaryzowaną, monumenty ku chwale Kim Ir Sena i Kim Dzong Ila, generalnie cały ten orwellowski skansen, gdzie ludziom pierze się mózgi, zamyka się ich w obozach pracy, zabija, głodzi i terroryzuje we wszelkich możliwych aspektach życia.

Z racji tego, że permanentnie szwendają się za nim psy reżimu („opiekunowie”, jak eufemistycznie się ich nazywa), John Sweeney widzi tylko to, co pozwalają mu zobaczyć, z rzadka jedynie udaje mu się uchwycić okruchy realnej nędzy życia w Korei. Nie jest to oczywiście zarzut wobec Autora, bo kwestią zrozumiałą jest, że nie można mieć pretensji do kogoś, kogo niejako z automatu trzyma się na „turystycznej smyczy” – reżim nie lubi pozaplanowych wyskoków zagranicznych turystów, a to w jaki sposób pokazuje „dozwolone” przestrzenie, czyni taką „wycieczkę” jeszcze bardziej groteskową.

Co w książce Sweeney’a wydało mi się szczególnie interesujące? Dwie kwestie. Po pierwsze nawiązanie do niezwykle istotnego, moim zdaniem, aspektu północnokoreańskiego zamordyzmu, czyli do kwestii rasowej i konotacji pomiędzy nazizmem, a dziedziczną monarchią stalinowską, jaką jest Korea Północna. Rzadko kiedy w literaturze nt tego kraju wątek ów jest eksponowany. Musimy jednak pamiętać, że Kim Ir Sen wielką wagę przykładał do rasowej czystości narodu koreańskiego; struktura grup społecznych i rasowa „przejrzystość” w reżimie północnokoreańskim są o wiele ważniejsze, niż – jak mogłoby się wydawać – internacjonalistyczny i robotniczy etos komunizmu (przynajmniej w deklaratywnej warstwie tegoż). Wątek ten o wiele lepiej opisała i rozwinęła Barbara Demick w swojej świetnej książce o Korei Północnej.

Drugą kwestią jest historia Jamesa Josepha Dresnoka, szeregowca armii amerykańskiej, który w 1962 roku przekroczył strefę zdemilitaryzowaną i uciekł z Południa, do Korei Północnej (polecam dokument na ten temat: North Korea Crossing The Line). Dresnok, jak się okazuje, nie był wyłącznie pożytecznym idiotą reżimu, a kulisy jego życia i relacji z innymi amerykańskimi uciekinierami w Pjongjangu, są tematem na co najmniej jedną solidną książkę. Tutaj niewątpliwy przytyk do Wydawnictwa Muza (ono bowiem wydało Koreę Północną…, Sweeney’a) – może lepiej pokusić się o wydanie polskiego przekładu książek i reportaży nt Dresnoka i jego towarzyszy?

Podsumowując: dla kogoś, kto interesuje się Koreą Północną, książka Johna Sweeney’a nie wnosi niczego nowego. Po prostu niczego. Owa „tajna misja” jest mocno naciąganym chwytem marketingowym, albowiem znane są historie naprawdę dramatycznych losów osób, które narażając życie swoje i innych, próbują pokazać światu co dzieje się, za drutem kolczastym ostatniej stalinowskiej rzeźni na świecie. Dla kogoś, kto o Korei Północnej nie wie nic, ten reportaż będzie na pewno wartościową lekturą.

·· Frank Dikötter – “Wielki głód. Tragiczne skutki polityki Mao 1958 – 1962”

Monumentalny dokument-świadectwo okrucieństw polityki Mao podczas Wielkiego Głodu! Frank Dikötter zebrał i opisał potężną ilość faktów nt tej jednej z najtragiczniejszych katastrof humanitarno-politycznych na świecie w XX wieku. Opierając się na odtajnionych dokumentach Komunistycznej Partii Chin, jak również na relacjach świadków i ich rodzin, Dikötter z niezwykłą precyzją przedstawia klęskę głodu i jej przyczyny. Wielki głód… jest publikacją faktograficzną, co niektórych może zrazić (z uwagi na objętość książki), ale statystyka nie przesłania tutaj tragedii głęboko ludzkiej oraz anty-ludzkiej polityki Mao i chińskiego aparatu komunistycznego. Autor wnikliwie analizuje poszczególne przypadki głodu i postępującą katastrofę, dystrofię wręcz chińskiego społeczeństwa. Biorąc pod uwagę przestrzeń tego kraju, uwarunkowania kulturowe jak i psychologiczną konstrukcję Mao Zendoga – książka Franka Diköttera ujawnia prawdziwą skalę komunistycznego sadyzmu w imię chorej idei i chorych dyktatorskich rojeń…

Po lekturze Wielkiego głodu…, niejako automatycznie wyjąłem z półki “Prywatne życie przewodniczącego Mao”, dr-a Li Zhisui i przeczytałem po raz kolejny (trzeci chyba) tą biografię Mao napisaną przez jego osobistego doktora. Bardzo mocno polecam obie książki, jako komplementarne w kontekście zbrodni, jakich Mao Zendog dopuścił się na dziesiątkach milionów mieszkańców Chin!

··· Andrzej Stasiuk – “Wschód”

Przyznam szczerze, że „pokłóciłem się” parę lat temu ze Stasiukiem. Dosyć długo nie sięgałem po jego książki, chociaż niemal wszystko, co napisał, przeczytałem. Czas zatarł powody moich fochów, zapewne po pijaku wkurwiłem się na coś co napisał, sam nie wiem :D Chyba nawet na blogu, gdzieś tam marudziłem nt fragmentu jego prozy wydrukowanym w magazynie Książki… Nic to! Wschód rządzi i jest to książka po prostu fenomenalna!

Kupiłem tą książkę i zeżarłem ją w całości. Zachłannie i niemal bez przerw. Sam tytuł już podziałał na mnie jak fetysz, a znając Duklę, Białego kruka i ogólnie sposób pisania Stasiuka, już na początku opowieści przyssałem się do tej książki szaleńczo. Wschód, to opowieść głęboko włóczęgowska, ale nie reporterska. Refleksyjna do bólu. W czasie lektury ulegałem złudzeniu, że przeglądam wielobarwny album, w którym trochę przypadkowo, a trochę linearnie przeplata się Podlasie, wschodnia Syberia, Mongolia, wschodnie Mazowsze, ukraiński step i Bieszczady. „Wschód”, jako pojęcie, byt filozoficzny, geograficzna przestrzeń, czy wreszcie sposób oddychania rzeczywistością – to wszystko znajduje się w książce Stasiuka i domyślam się że po jej lekturze całkiem sporo ludzi zarazi się wschodnim bakcylem. Ja już od dawna jestem zainfekowany i nie zamierzam owej infekcji wywalać poza nawias mojego koślawego życia! Lektura obowiązkowa!

··· Barbara Demick – “Światu nie mamy czego zazdrościć. Zwyczajne losy mieszkańców Korei Północnej”

Książkę pochłonąć można w jedno popołudnie. W istocie właśnie tak się ją czyta; nie sposób się oderwać, czytać o Korei Północnej na raty.. Barbara Demick udostępniła światu ważną publikację – reporterski obraz koszmaru życia w tym ostatnim zamordystycznym skansenie komunistycznym. Autorka będąca dziennikarką „Los Angeles Times” (m.in. w Europie Wschodniej, w Pekinie i Seulu), podjęła się trudnego zadania: opisała w swojej książce autentyczne losy uciekinierów z Korei Północnej, jak również losy ich krewnych i najbliższych, którzy pozostali w państwie Kimów – stalinowskiej monarchii dziedzicznej, ostatniej takiej na świecie.

Wiemy doskonale, jak skąpe wiadomości docierają do nas z Korei Północnej. Każda publikacja jest zatem, jeśli nie na wagę złota, to na pewno ważnym krokiem ku zrozumieniu dramatu mieszkańców tej części Półwyspu Koreańskiego. Światu nie mamy czego zazdrościć… jest właśnie kolejnym promykiem rzucającym nieco światła na potworności, jakich dopuszcza się reżim z Pjongjangu.

Książka ta, jako reporterskie świadectwo jest niezwykle wartościowa, albowiem opowiada o losach ludzi z krwi i kości, bez koloryzowania rzeczywistości. W tym sensie czyta się ją z niezwykłą uwagą.

Po lekturze odczuwa się jednak pewien niedosyt. Niedosyt ten poczuje każdy, kto interesuje się historią i obecną sytuacją w tym najbardziej odizolowanym kraju świata. Pamiętam, jak przed wielu laty rzucałem się na każdą publikację nt Korei Północnej. Pamiętam pierwszy szok po obejrzeniu Defilady (dokumentu Andrzeja Fidyka z 1989 roku). Przywołuję w pamięci godziny jakie spędzałem w bibliotekach, by wyszperać cokolwiek dotyczącego reżimu Kim Ir Sena, popołudnia w Pradze gdy zaczytywałem się w czeskich reportażach o uciekinierach z północnokoreańskich miast i wsi… Nastała era internetu i możliwość oglądania filmów dokumentalnych i czytania o sytuacji w Korei Północnej z innych źródeł, niż polskie; zaliczyłem wiele nieprzespanych nocy, by liznąć wszystko co tyczy się tego tematu.

Książka Demick jest wyjątkowa w takim sensie, w jakim wyjątkowa jest każda próba dotarcia do prawdy o dramacie poddanych komunistycznego terroru koreańskiego. Znikoma ilość materiałów źródłowych, relatywnie niewielkie grono reporterów i badaczy stale zajmujących się tym zagadnieniem i wreszcie medialne „znużenie” w skali światowej (zwłaszcza zaś w regionie) – to wszystko sprawia, że każda publikacja jest cennym źródłem informacji.

Wyjątkowość i niepowtarzalność losów każdego uciekiniera z Północy stanowią oś ciężkości tej książki. Dramatyzmu dopełnia fakt, iż niemal każda z osób decydująca się na ucieczkę z Korei Północnej, pozostawiała na miejscu kogoś bliskiego. Dzieci, małżonków, dziadków, wnuków, rodziców, rodzeństwo… W 99 procentach przypadków byli oni aresztowani przez północnokoreańską bezpiekę. Albowiem odpowiedzialność za nieprawomyślne czyny w Korei Północnej ponoszą wszyscy członkowie rodziny do trzeciego pokolenia. Korea Północna od samego zarania jest reżimem patologicznie łączącym stalinowską wersję marksizmu (zmodyfikowaną o wiele bardziej, aniżeli w maoistowskich Chinach, czy w Kambodży, Pol Pota), konfucjańską ortodoksję podległości i posłuszeństwa z nacjonalizmem i quasi-religijnym, fanatycznym oddaniem dla Wodza.

To wszystko znajdziemy w książce Barbary Demick. Przeczytałem ją, jako rzetelny dokument, autentyczne świadectwo tych, którzy ośmielili się uciec. Słowo „ucieczka” jest jednak eufemizmem. Głód, upodlenie i zezwierzęcenie, jakiego doświadczają obywatele KRLD, są jedną stroną medalu. Stroną drugą jest próba odnalezienia się w realiach kapitalistycznych (nomenklatura na linii: kapitalizm vs komunizm jest w tych przypadkach oczywistą konsekwencją przeżyć każdego uciekiniera), zmaganie się z traumą po gwałcie, jakiego doświadczyła (i wciąż doświadcza!) każda ofiara reżimu Kimów.

Mamy świadomość, że o wszystkich zbrodniach i o samej istocie tego skurwiałego systemu dowiemy się dopiero po jego upadku. Dopiero wtedy zaleje nas fala relacji, świadectw, dokumentów i faktów – bez cięć i cenzury. Nie będę tu zgrywał domorosłego analityka, którym oczywiście nie jestem, ale nie sądzę by ten ohydny komuszy skansen przetrwał po tym, jak zdechnie, bądź przestanie nim rządzić Kim Dzong Un.

Niepokoi mnie coś zupełnie innego… Jako maniak radia i zakresu fal krótkich, niemal codziennie słucham audycji z Wietnamu, Japonii i z… Korei Południowej (wszystkich w/w słucham po rosyjsku). KBS Radio (Korean Broadcasting Service) nadaje codzienne audycje w wielu językach. Co roku otrzymuję listy od redakcji, naklejki, kalendarze, gadżety z Południa. To zwyczajowa praktyka każdej krótkofalowej radiostacji; każdy słuchacz z Europy jest dla nich rzadkością… Na czym polega mój niepokój? Otóż w sensie prawnym obie Koree są wciąż w stanie wojny, a formalnie każdy obywatel Północy jest jednocześnie obywatelem państwa ze stolicą w Seulu. To olbrzymie ułatwienie dla uciekających z Korei Północnej, ale – słuchając codziennie serwisów z Seulu, w których zawsze znajduje się kilka minut na poruszenie tematu Północy – potencjalny problem dla Korei Południowej. Burżujska gospodarka Seulu i konsumpcyjne społeczeństwo Korei Południowej, są kompletnie nie przygotowane do ewentualnego napływu fali uchodźców z Północy w przypadku upadku rzeźni Kim Dzong Una. Najbardziej ostrożne szacunki mówią o koszcie ponad biliona zielonych… Nie wydaje mi się, że władze Południa otulą wszystkich obywateli Północy empatycznym i finansowym kocykiem, gdy padnie „ludowo-demokratyczny” gułag ze stolicą w Pjongjangu.

Przeczytajcie tą książkę. Demick napisała bowiem kawał dobrego reportażu, unikając prostackiego patosu i uogólnień. Opisała przejmujące losy tych, którzy będąc teraz bezpiecznymi, poza zasięgiem komunistycznej maszynki do mięsa, toczą wewnętrzną wojnę ze wspomnieniami, wyrzutami sumienia i z wdrukowanym w ich umysły kodem śmierci, opresji i ideologii północnokoreańskiego zamordyzmu…

  • * *

Garść informacji nt północnokoreańskiego radia słyszalnego w Polsce…

Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna nadaje codzienne audycje na falach krótkich. Nadawane są w godzinach popołudniowo-wieczornych (czasu polskiego), niemniej z uwagi na słabą moc nadajników (i zapewne przekaźników w Albanii), dosyć trudno złapać je w Europie.

W Polsce KRLD słyszalna jest po rosyjsku i angielsku. Jakość sygnału zależy od czułości odbiornika, warunków atmosferycznych i miejsca odbioru. Standardowe, stare analogowe odbiorniki krótkofalowe są raczej bezużyteczne – ich czułość jest zdecydowanie za słaba, by odebrać sygnał z Pjongjangu.

Na profesjonalnych odbiornikach Degen i Tecsun, odebrałem sygnał z Korei Północnej kilkadziesiąt razy, zazwyczaj wtedy, gdy propagacja fal słonecznych temu sprzyjała. Jakość sygnału jest dosyć licha, aczkolwiek audycje bywają zrozumiałe (szczególnie poza miastem, w lecie i w czasie bezchmurnych zimowych nocy). Codziennie każda radiowa audycja dla zagranicy rozpoczyna się hymnem Korei Północnej, po czym następuje zwyczajowy orgazm pochwalny ku chwale Marszałka (Kim Ir Sena), Ukochanego Przywódcy (Kim Dzong Ila) i – obecnie – Kim Dzong Una.

Audycje w językach europejskich są „nieco” wyważone pod względem propagandowym, ale i tak po kilku minutach nikt normalny nie uzna ich za poważne, rzetelne i miarodajne. Śmierdzi fanatyzmem i propagandą. Niemal zawsze pod koniec audycji następują spore interferencje i zakłócenia. Czasem sygnał KRLD (na południu Polski) nie jest słyszalny tygodniami, a nawet przez kilka miesięcy.

··· Bronisław Wildstein – “Dolina nicości”

Mam kłopot z tą książką…

Nie, nie chodzi o to, że Wildstein, to dla mnie człowiek z kompletnie innej galaktyki politycznej i jego „wrażliwość publicystyczna” jest mi totalnie obca. Starałem się podejść do tej powieści bez uprzedzeń i własnych zapatrywań na to, co Wildstein wyczynia w przestrzeni publicznej. Zabrałem się zatem do lektury…

Tytuł… Jak dla mnie drażniąco pretensjonalny, przesadnie napuszony – biorąc pod uwagę materię książki. Nigdy jednak nie sugeruję się tytułami książek. Przełykam tą nicość i czytam…

Trzecia RP. Mamy ambitnego dziennikarza śledczego, Wilczyckiego – doświadczonego w swoim fachu, zaznajomionego z koteriami, układzikami na styku władzy, biznesu i postkomuszego bagna. Odkrywa on pewnego dnia związki z ubecją „osoby na świeczniku” i za wszelką cenę chce on owe rewelacje upublicznić. Oczywiście na drodze stają wpływowe siły „układu” w postaci Wielkiego Redaktora Naczelnego, a w tle prześlizguje się dziennikarzyna-piskorz (niejaki Return), próbujący dramatycznie oczyścić sumienie z niegdysiejszych grzechów współpracy z bezpieką.

Mamy w Dolinie Nicości twarde jak skała relacje biznesowo-polityczne, mamy wszechpotężne siły kłamstwa pod przykrywką „liberalnej demokracji”, mamy poniewieraną prawdę, niejasne [niby] samobójstwa, podejrzane majątki i zakulisowe intrygi w bagnie gnijącej Trzeciej Rzeczpospolitej…

Głupi domyśliłby się, kto jest kim w świecie realnym, gdyby przyłożyć tą wildsteinowską kalkę charakterów z Doliny… Uff… Książka nie tyle rozczarowuje, co nuży i… śmieszy (sic!).

Na czym polega problem? Ano na tym, że postkomunistyczne zombie o nazwie: III RP i współtwórcy tegoż, to naprawdę doskonały temat na powieść! Ten smród okrągłostołowych pogadanek i układów przykryty nadpsutym lukrem „wolności i demokracji”, ta pieprzona mityczna „gruba kreska” – to wszystko nadaje się na wyśmienitą epopeję, na współczesną (gorzką) opowieść o tym kraju nad Wisłą… Niestety Bronisław Wildstein w perfekcyjny sposób spieprzył tą książkę :)

Gdzieś w necie natknąłem się na notkę wychwalającą „niewątpliwe walory literackie” Doliny Nicości. Coż… :D Nie wiem, jak to ująć… Powiem tak: otóż książka ta walorów literackich po prostu nie ma. Żadnych. Postaci w powieści Wildsteina są albo jak ludziki w skali 1:1, wycięte z tektury i przewracające się przy byle podmuchu problemów, refleksji czy dramatycznych decyzji, albo ciosani z grubych kloców drewna; jakby pijanemu dać tępą siekierę… Mam tutaj na myśli charakterologiczne konstrukty, głębię przeżyć bohaterów (czy raczej owej głębi kompletny brak). Duża część książki, to karkołomne zdania oznajmiające, literacko zdychające jak muchy zamknięte w słoiku. Wildstein po prostu nie jest pisarzem i tyle. Jakkolwiek znany jest jego temperament publicystyczny oraz wyrazistość poglądów, to jednak literacko pada na łopatki – nie ratują go ani dialogi, ani sposób, w jaki stara się on budować napięcie w powieści. Im bardziej się „stara”, tym większą kupę serwuje potencjalnemu czytelnikowi.

Autor jest zbyt przewidywalny – decydując się na powieściowe ujęcie wydarzeń, którymi na co dzień zajmuje się jako dziennikarz i publicysta, powinien – jak sądzę – postarać się o większy dystans wobec namacalnej rzeczywistości. Po to właśnie by – paradoksalnie – ową rzeczywistość przedstawić w interesującej i pociągającej czytelnika formie prozy współczesnej, z nutką kryminału, czy choćby solidnego political fiction. Wildstein nie ma również dystansu do samego siebie; w pewnych momentach książki czekałem tylko na symptomatyczną gwiazdkę i przypis na dole strony informujący: Czytelniku, w tym miejscu mam na myśli siebie – Bronka Wildsteina, nieustraszonego tropiciela łgarstw III RP! Żenada.

Cóż, nie każdy może być Ziemkiewiczem, panie Wildstein :) A’propos… Rozbawiony i zażenowany Doliną Nicości (podkreślam – w warstwie literackiej; tematyka bowiem jest rewelacyjnym materiałem na niejedną powieść!) pomyślałem sobie, że całkiem prawdopodobną byłaby sytuacja, w której Rafał Ziemkiewicz – jakby nie było, kolega z politycznej piaskownicy Wildsteina – czyta Dolinę… i w głowie układają mu się (jakże mu właściwe) zjadliwe komentarze na temat tej „prozy”.

Podsumowując: Dolina Nicości, to umiejętnie spieprzona książka, dotykająca niezwykle ważkiego i ciekawego literacko tematu. W którymś z wcześniejszych wpisów napisałem, że książka ta jest „niegłupia”… Hmm… no, głupia może nie jest, ale jej wartość literacka jest żadna.

… ale okładka przynajmniej ładna :)

··· Szczepan Twardoch – “Morfina”

Kiedyś wspominałem, że do nowości wydawniczych mam stosunek co najmniej luźny, tym bardziej jeśli idzie o literaturę współczesną polskich autorów. Nigdy nie rzucam się na świeżo wydane powieści, albo robię to cholernie rzadko. Tak było również w przypadku Morfiny, Szczepana Twardocha. Dosyć długo książka ta tkwiła bezczynnie w ebookowym czytniku, ale kilka tygodni temu wreszcie zacząłem ją czytać.

Szczepan Twardoch nie był, jak dotąd, twórcą szczególnie mi znanym. Tu i ówdzie natykałem się na jego nazwisko, przy okazji pałętania się po portalach literackich. Mogę zatem powiedzieć, że do Morfiny podszedłem „na czysto”, bez entuzjazmu ale i bez uprzedzeń. Zacząłem czytać i… po kilkudziesięciu stronach już wiedziałem, że mam do czynienia z rewelacyjnym kawałkiem prozy!

Morfina, to specyficzna, unikalna narracja, której siłę odczuwa się już na początku książki. Umiejscowienie akcji w Warszawie, w pierwszych dniach II Wojny Światowej okazało się rewelacyjnym posunięciem ze strony Autora, a sposób w jaki wykreował on głównego (anty?)bohatera w wojennych okolicznościach, zasługuje na uznanie! Dawno nie czytałem tak wyrazistej prozy!

Konstanty, ni to Niemiec, ni Polak, morfinista, dziwkarz, swobodnie poruszający się zarówno na salonach, jak i w szemranym warszawskim towarzystwie. Wydający kasę na kurwy, wódkę i kokainę. Zdradzający żonę (stuprocentową, „eugenicznie zdrową” Polkę z endeckiego domu), miotający się pomiędzy swoją „przyszywaną” polskością, a niemieckością przynależną mu niejako genetycznie. Służący w pierwszych dniach wojny w polskim pułku ułanów, a po kilku tygodniach paradujący w niemieckim mundurze w towarzystwie nazistowskich policjantów. Uwikłany w quasi-konspirację, znienawidzony i nienawidzący samego siebie. Naćpany morfiną i groteskową sytuacją wojenną.

Twardoch stworzył antybohatera i zrobił to bez ceregieli, acz po mistrzowsku. Sprawił, że wszelkie dylematy moralne, psychologiczny burdel w głowie i swoista niemożność samookreślenia (zwłaszcza w czasie wojny) – że to wszystko czyni człowieka jeszcze bardziej (nie)ludzkim. Właśnie… (nie)ludzki (anty)bohater. Morfina, to powieść pozbawiona pomnikowych i górnolotnych spazmów patriotycznych; patriotyzm jako taki, czy też percepcja niemieckości/polskości z punktu widzenia głównego bohatera, to kompletna miazga, cynizm i przegrana. Jest coś w Konstantym z Ciorana, czy z Bernharda. Poza tym książka Twardocha, to solidne psychologiczne studium relacji rodzinnych i ich ciężaru w życiu człowieka. To język brutalny i seksistowski, to wyrachowanie i realizm pozbawiony ozdobników. Nie sposób przejść obojętnie wobec Konstantego, nie da się. Morfiny nie czyta się „z zewnątrz”. Ta książka wciąga nas w nie naszą przestrzeń, stawia nas – czytelników – na gruzach pytań niby nie naszych, a jednak do głębi ryjących bruzdy w naszych głowach.